Wpada co najwyżej w szewski… zachwyt. Jacek Pawlik

Szewstwo

Jacek Pawlik

Trafia do niego obuwie z całego świata. Żyrardowianie przywożą z wycieczek. Od zwykłych kapci po porządne buty. Czasem trafiają się perełki.

W zakładzie Jacka Pawlika rozbrzmiewa blues. Szewc Jacek to mistrz sam w sobie, bo chociaż jest czeladnikiem, to uszył sobie buty, jak na egzamin mistrzowski. Nie były to zwykłe buty, tylko oficerki. Do niego trafia obuwie z całego świata. Blues zagłusza hałas uliczny, który przy tunelu na ul. 1 Maja jest uciążliwy. Jacek Pawlik woli cięższą muzykę, najlepiej metal, ale klienci niekoniecznie.

– Blues jest kompromisem – śmieje się.


Ta muzyka pasuje do starych maszyn szewskich. W zakładzie stoją kultowe Singery, w tym łaciarka. Napędzane są ręcznie, a dokładniej przez nacisk stopą.

– Wolę te stare maszyny, bo mogę sobie ustawić. Przy szyciu maszynowym chwila nieuwagi i można przesunąć się za daleko. Lubię je również dlatego, że łatwo można naprawić. Mam też zwykłą, elektryczną maszynę do szycia – tłumaczy.


Jacek Pawlik jest mocno zbudowanym mężczyzną o silnych dłoniach. Czuć to w uścisku ręki na powitanie.

– Kiedy kończyłem podstawówkę musieliśmy wybierać sobie przyszłość. Określić, co chcemy robić zawodowo. Jaką 15-latek może mieć wiedzę, aby decydować racjonalnie o życiowym wyborze? – wzrusza ramionami na absurdalność stawania uczniów przed takim wyborem i dodaje: – W luźnej rozmowie padło kilka pomysłów. A może stolarz, a może szewc. O, szewc! To mnie zastanowiło.


Przeważyły zdolności manualne. Dlatego wybrał zawodówkę, a potem technikum obuwnicze.

– Chciałem być szewcem. Chodziłem do szkoły w Opocznie, bo stamtąd pochodzę i miałem praktyki. Natomiast technika obuwnika robiłem w Radomiu – tłumaczy.


Po ukończeniu szkół nie został jednak szewcem. Imał się różnych zajęć, był nawet żołnierzem zawodowym.

– W końcu jakieś osiem lat temu stwierdziłem, że może wrócić do zawodu, bo to lubię robić. Zdecydował argument, że chcę pracować, mając kontakt z ludźmi – dodaje.


Tylko że w Żyrardowie było wówczas jedenaście zakładów, natomiast w Skierniewicach tylko dwa. Tam najpierw otworzył zakład. Wkrótce, jeden z żyrardowskich szewców zamknął zakład i Pawlik postanowił się przenieść. W Skierniewicach był cztery lata.

– W tym miejscu jestem od kolejne cztery lata – wyjaśnia.


Pracę zaczyna około godziny 8.30, bo wcześniej chodzi popływać w basenie.

– Siedzę tutaj osiem godzin. Dlatego zdałoby się ten kręgosłup wyprostować – tłumaczy.


Na półkach widać przyniesione buty, po lewej męskie w dużej mierze wykonane z materiału, po prawej damskie, głównie skórzane. Tłumaczy, że ma typowe zlecenia. Klejenie, fleki, zelówki, skracanie cholewki. Popularnością cieszy się rozciąganie przyciasnych butów. Te najczęściej przynoszą kobiety, które upolowały okazję.

– Proszę zobaczyć, to jest urządzenie do rozszerzana butów. Wlewa się do buta specjalny płyn i na tych prawidłach poszerza – pokazuje na urządzenie.


Klientki często przynoszą do naprawy drogie torebki znalezione w secondhandach. Zaskoczone są, gdy Pawlik podaje cenę naprawy.

– W Żyrardowie popularne są torebki Luisa Vuitton. Te najczęściej przynoszone są do mojego zakładu i wiem, ile są warte – mówi.


Naturalna skóra to materiał, w którym lubi robić. Tylko trzeba być uważnym i dokładnym.

– Byle draśniecie i już zostawia ślad – tłumaczy.


Zajmuje się też rymarstwem.

–  Taka ciekawostka… Robiłem but dla konia. Przywiózł mi właściciel stajni. Zakłada się but, który chroni uszkodzone kopyto – mówi.


Wielu rekonstruktorów historii, czyli wcielających się w postacie z przeszłości, zna adres jego zakładu. Do niego też często trafiają tornistry, buty ułańskie. Nie tylko z tego powodu, że Jacek Pawlik przez długi czas zajmował się rekonstrukcją, ale dlatego że jest mistrzem w swojej klasie.

– Mam tytuł czeladnika, a na egzamin mistrzowski wykonuje się własnoręcznie buty. Tytułu nie potrzebuję, ale buty dla siebie wykonałem. Uszyłem od podstaw oficerki. Zajęło mi to sporo czasu, bo musiałem uszyć cholewkę. Szewc zasadniczo jest od montażu buta, tutaj musiałem sam zrobić cholewkę. Miałem dwa podejścia, za trzecim razem udało się. To był mój wewnętrzny egzamin – uśmiecha się.


Uszył też kilka butów na zamówienie. Zauważył, że w ostatnich latach zmienił się trend, żyrardowianie kupują coraz droższe, skórzane buty. Na chwilę rozmowa schodzi na temat przysłów o szewcach.

– Pije jak szewc? No, nie pasuje do mnie. W dziurawych, czy też bez butów nie chodzę. Przeklina jak szewc? Może, jak się ukłuję – śmieje się.


O Jacku Pawilku można ukuć nowe przysłowie, że wpada w szewski… zachwyt. Trafia do niego obuwie z całego świata. Żyrardowianie przywożą z wycieczek. Od zwykłych kapci po porządne buty. Czasem trafiają się perełki.

– Miałem kowbojki z Meksyku. Zupełnie inaczej wyprawiona skóra, inne szwy. No, wszystko inne  – mówi z zachwytem w głosie.



***

Autor: Włodzimierz Szczepański

Zdjęcia: Paweł Świątek

Materiał powstał w ramach działań Stowarzyszenia Nasze Imaginarium „Rzemieślniczki i rzemieślnicy Żyrardowa”

Loga Nasze Imaginarium i Miasta Żyrardowa