Mirosław Lange

złotnictwo, jubilerstwo

Mirosław Lange złotnik

Mirosław Lange czasem odgraża się, że pół wieku w branży, która przez ostatnie lata mocno się zmieniła, to dużo, może już wystarczająco. A jednak codziennie od lat przychodzi do pracy o szóstej. Robi sobie kawę – rozpuszczalną, innej nie lubi – rozgląda się po pracowni i zaczyna planować dzień.


Rzeczy piękne i bardzo subtelne


Autorka: Olga Gitkiewicz

Na ścianach wyeksponowano dyplomy, niektóre wypisane piękną kaligraficzną czcionką. Część z nich to dowód uznania dla umiejętności Ryszarda Langego, jednego z pierwszych złotników w Żyrardowie. Dziś za długą ladą pracowni mieszczącej się na piętrze pawilonu przy ulicy POW można spotkać jego syna Mirosława.  

– Tata pracował w zawodzie 64 lata. Ja na razie pół wieku, jeszcze trochę mi zostało, żeby go doścignąć – żartuje Mirosław Lange. – Chociaż można powiedzieć, że wcześniej zacząłem, bo byłem taki maluszek, przychodziłem do pracowni, popatrzyłem, a jak popatrzyłem, to polubiłem naprawdę. Później sam próbowałem coś zrobić, coś wylutować, coś wyklepać i szło jak po maśle.


Szlachetny materiał


Za ladą widać stół złotniczy z charakterystycznymi wcięciami, przy których mogli siedzieć mistrz i jego czeladnik. Rozciągnięta pod blatem płachta pozwala zatrzymać opiłki, ubytki i inne pozostałości, które powstają podczas pracy ze szlachetnymi metalami.  

– I stół, i te narzędzia też są jeszcze po Tacie. Tutaj Tata siedział. – Mirosław Lange wskazuje jedno z miejsc. – A ja tutaj praktykowałem.

Początkowo jednak, u progu dorosłego życia, wymyślił sobie inną ścieżkę.

– Przez pięć lat byłem w technikum chemicznym, zrobiłem maturę. Kochałem chemię, kocham przyrodę, kocham botanikę, zoologię, kosmos cały kocham, bardzo mnie to interesuje, wszystkie galaktyki – opowiada z zaangażowaniem. – No, ale zobaczyłem, że to nie dla mnie i zaraz po maturze do ojca na praktykę przyszedłem. Zresztą Tata mówił: chodź na praktykę, chodź na praktykę.


Zawód: złotnik


Niejedna osoba mogłaby powiedzieć, że praca z rodzicem może być co najmniej wymagająca, a może i trudna: przebywa się ze sobą nie tylko w domu, ale i w pracy, dzieli się sprawy rodzinne i zawodowe.

– Ja z Tatą byłem bardzo blisko i zawsze się zgadzaliśmy – wyjaśnia Mirosław Lange i dodaje żartobliwie: – Zresztą wiedział, że nie byle jakiego mistrza hoduje. Nie psułem, naprawiałem i bardzo szybko się uczyłem, bo nie chcę być taki skromny, zawsze szybko chwytałem wszystko. Robiłem swego czasu piękne rzeczy, trudne i bardzo subtelne. Mieliśmy klientki nie tylko z całej Polski, ale z Filadelfii, z Karoliny Północnej.

Dziś zawód złotnika kojarzy się często z jubilerstwem albo z prowadzeniem sklepu z biżuterią.

– A to jest zupełnie inna praca, cudowna, wyrabianie przepięknych wyrobów. – Mirosław Lange uśmiecha się szerzej i sięga do gablotki po zdjęcia tych spośród swoich wyrobów, z których jest dumy.

To piękne broszki, ale i łyżeczki oraz inne przedmioty użytkowe.

– Jubiler zajmuje się oprawą kamieni, różne cacuszka z tego robi, pierścienie, wisiorki, naszyjniki, kolczyki, sygnety i tak dalej, a złotnik to jest starszy zawód, to rzemieślnik, który potrafi wytwarzać piękne przedmioty z metali szlachetnych, zrobić nie tylko broszkę, ale odlać naczynie, miseczkę czy kielich. To jest złotnik. 


Twórcza codzienność


W głębi widać jeszcze jedno pomieszczenie, już klasycznie warsztatowe, z piecem, imadłami, polerkami, walcarkami i innymi narzędziami, które służą w codziennej rzemieślniczej pracy. Na ścianach zdjęcia i odtworzone pieczołowicie drzewo genealogiczne całej rodziny.

– Lubię nieład twórczy – tłumaczy złotnik, rozglądając się po swojej pracowni. – Bo to jest twórczy zawód, najpierw trzeba wyrysować. Bez tego ani rusz, kto nie umie przedmiotu narysować, to nie umie zrobić.

Rysunek i praca z biżuterią to niejedyne artystyczne zamiłowania Mirosław Langego.  Jest również fanem gry na gitarze i literatury – zwłaszcza fantastyki.

– Wychowałem się na literaturze stworzonej przez szanownego pana Stanisława Lema. Uwielbiałem wszystko, co napisał, co za wspaniały człowiek. – Przez chwilę z zaangażowaniem wymienia ulubione tytuły książek. 


Pół wieku w branży


Tę opowieść przerywa jednak dźwięk otwieranych drzwi, do pracowni wchodzi mężczyzna, który przyszedł odebrać zamówioną robotę. Żartuje ze złotnikiem, widać, że jest tu nie pierwszy raz.

Ciągle jeszcze trafiają się bardziej wymagające zlecenia, co Mirosława Langego cieszy, ale coraz częściej klienci przychodzą do pracowni po to, żeby zlecić naprawę biżuterii albo stwierdzić, czy jakiś klejnot jest prawdziwy.

– Jak się pięćdziesiąt lat patrzy na metal szlachetny, to się prawie od razu wie, czy to jest złoto, srebro czy metal mniej szlachetny – wyjaśnia złotnik i sięga do szuflady po skrzyneczkę z odczynnikami chemicznymi, które w razie wątpliwości pozwalają szybko stwierdzić, czy biżuteria jest ze złota, czy raczej z tombaku. Mirosław Lange czasem odgraża się, że pół wieku w branży, która przez ostatnie lata mocno się zmieniła, to dużo, może już wystarczająco. A jednak codziennie od lat przychodzi do pracy o szóstej. Robi sobie kawę – rozpuszczalną, innej nie lubi – rozgląda się po pracowni i zaczyna planować dzień.

– Tacie obiecałem, że pracowni, póki żyję, nie porzucę – zastrzega i zamyśla się na chwilę. – Ale ja to po prostu kocham. Kocham moją pracę. 

***

Pracownia jubilerska Mirosław Lange
Polskiej Organizacji Wojskowej 20,
96-300 Żyrardów
zobacz na mapie rzemiosła

Mirosław Lange, fot. Paweł Świątek