Szklarstwo mają w genach. Mirosław Dziadkiewicz

Szklarstwo

Mirosław Dziadkiewicz

Szklarzami byli mój dziadek, ojciec, brat. Są synowie. A mnie marzyło się zostać mechanikiem samochodowym – wyznaje Mirosław Dziadkiewicz. Niemal nie ma w Żyrardowie szyby, której by nie wstawiał. Wbrew pozorom wstawianie szyb to ułamek pracy szklarzy.

Przez 38 lat prowadził zakład szklarski. Teraz z żoną realizuje pasje życia, podróżowanie po Polsce.

– Ostatnio byliśmy w Wiśle. Gdzie nie pojadę, to zwracam uwagę na galanterię szklaną. Jak została wykonana, przycięta, jakich materiałów. Takie zboczenie zawodowe – śmieje się.


Siła tradycji



Pochodzą z okolic Mszczonowa. Rodzinną tradycję, szklarska zapoczątkował jego dziadek, Feliks.

– Mój dziadek pracował jeszcze u dziedzica. Bieda wygoniła go do Warszawy. Tam nauczył się szklarskiego fachu i z tymi umiejętnościami wrócił do Gnojnej, gdzie zajmował się szkleniem okien – opowiada.


Tymczasem droga ojca Mirosława do szklarstwa wiodła przez… klasztor w Niepokalanowie.

–  Mój ojciec był dzieckiem z pierwszego małżeństwa. Jego mama zmarła, a dziadek ponownie się ożenił. Jako pasierb został oddany do klasztoru w Niepokalanowie. Może i czuł powołanie, ale w 1939 r. władze okupacyjne rozpędziły zakonników. Mój ojciec nie miał jeszcze święceń i wybrał życie świeckie – Mirosław opisuje losy ojca.


Z zakonu wyniósł znajomość gry na skrzypcach, czy też stawiania pieców.

– Był wszechstronnie uzdolniony. Przejął warsztat Feliksa i zaczął się dokształcać. Zwłaszcza, że okolice Mszczonowa to było wówczas zagłębie stolarzy. Potrzebowali grawerowanych szyb do mebli, luster. Mój ojciec tego nauczył się w Warszawie  – tłumaczy.


Po wojnie  był związany z Warszawą. Działał w Warszawskiej Izbie Rzemieślniczej, zasiadał w komisji egzaminacyjnej, przed którą stawali adepci szklarstwa. Ojciec Mirosława liczył, że jego syn przejmie zakład.

– Marzeniem ojca była produkcja kryształów. Modne to wówczas było Zamierzał otworzyć niewielką hutę kryształów. Dlatego chciał, abym skończył technikum szklarskie w Piotrkowie Trybunalskim. Powiedziałem mu, aby nawet o tym nie myślał – Mirosław uśmiecha się na wspomnienie ojca.


Chciał zostać mechanikiem samochodowym



– Jak to u chłopaków wtedy marzeniem były samochody. Chciałem skończyć technikum samochodowe. Nie chciałem pracować, jako szklarz, bo się w domu napatrzyłem, jaka jest to ciężka praca. Chciałem lżejszą, chociaż okazało się, że i w mechanice, tak lekko nie jest. Pracowałem w Polmozbycie. Serwisowaliśmy polonezy, w Rawie Łady. Przez kilka lat pracowałem jako mechanik, ale koniunktura się popsuła. Ojciec powiedział, żebym w takiej sytuacji przychodź do zakładu i pomagał – wspomina.


Zakład szklarski na Szulmana


Do tego powiększyła się rodzina, klamka więc zapadła. Brat Mirosława przejął rodzinny warsztat. On zaś otworzył zakład na ul. Szulmana. Tam gdzie obecnie stoi centrum handlowe Dekada. Niedługo później pobudował zakład koło targowiska, który dalej jest w rodzinnych rękach. Prowadził go przez 38 lat. Nie było tam ośmiogodzinnego dnia pracy.


– Praktycznie o godzinie 18 kończyłem przyjmować klientów, aby zabrać się za pracę w zakładzie. Kończyłem o godzinie 22 i 23. Miałem dobrego pracownika – Ireneusz Kulpita. Czasem śmialiśmy się, że więcej czasu spędzamy ze sobą niż z rodziną. Ponad dwadzieścia lat przepracowaliśmy razem – opowiada i po chwili smutnieje: – Niestety, nie żyje. Nowotwór.



Nie ma w żyrardowskich oknach szyby, której by nie dotknął


Gdy zaczynał swoją karierę w wielu oknach były szyby słabej jakości, kruche, ze szkła dmuchanego jeszcze z pęcherzykami powietrza. Bywały jednak momenty, że wpadał w zachwyt.
– Przedwojenne lustra z wyciągniętą faza, która była ręcznie robiona. Ile to pracy trzeba było włożyć, aby uzyskać ten efekt! – mówi.


Wbrew mniemaniu praca szklarza nie opiera się na wstawianiu szyb w oknach.
– Tylko galanteria szklana. Parapety, lustra – wylicza – W ilu żyrardowskich łazienkach przesiedzieliśmy. Trudno zliczyć.


Zaczynał prowadzenie zakładu w czasach, gdy nie było łatwo o materiały. Wyruszał o północy do huty w Sandomierzu po szkło. Tam wyczekiwanie w długiej kolejce i powrót, mimo zmęczenia rozładunek.
– 24 godziny trzeba było liczyć, że to zajmie – mówi.


Sam srebrzył srebro


Mało który ze szklarzy potrafił robić lustra. Do tego grona należał Mirosław Dziadkiewicz. Sam srebrzył szkło.

– Kładło się szybę na wypoziomowanym stole do tego trochę chemii. Wodorek sodu łączyło się z azotanem sodu i przy użyciu amoniaku wytrącało roztwór soli srebra. Do tego był specjalny roztwór redukujący, tak zwany cukier inwertowany, który łączyło się z kwasem azotowym. Szybę najpierw zmywało się chlorkiem cynowym, aby zaabsorbowała metal. Trzeba było szybko, równo przemalować, potem 15 minut odczekać, aby wytraciło się srebro i zaschło. Następnie kolejna warstwa i do suszarki – opowiada.


Gdy zabierał się za srebrzenie, wykonywał ich kilka… kilka metrów luster.


Synowi poszli w jego ślady


W zawodowe ślady Mirosława poszli synowie. Młodszy przejął żyrardowski zakład, on od początku wiązał przyszłość z zakładem. Starszy najpierw wybrał logistykę, ale z czasem wrócił do tradycji rodzinnej.

– Przyszedł popracować na trochę, aż zrobiło się z tego cztery lat. Przyszedł pewnego dnia i mówi, że trafił mu się lokal w Raszynie i że pójdzie na swoje. Powiedziałem, bardzo dobrze synku i mu trochę pomogłem – mówi z dumą w głosie i żartem dodaje: – Obstawiliśmy cały region rodzinnymi szklarzami.



***
Autor: Włodzimierz Szczepański
Zdjęcia: Paweł Świątek
Materiał powstał w ramach działań Stowarzyszenia Nasze Imaginarium „Rzemieślniczki i rzemieślnicy Żyrardowa”

lofo urzedu miasta żyrardowa
Mirosław Dziadkiewicz
Mirosław Dziadkiewicz
Mirosław Dziadkiewicz